O kierunku modlitwy i centrum akcji liturgicznej

Jakiś czas temu starałem się przekonać znajomego księdza o słuszności twierdzeń wysuniętych przez Josepha Ratzingera w jego książce Duch Liturgii[1], dotyczących zwrócenia się (choćby symbolicznego) na Wschód w czasie sprawowania Najświętszej Ofiary i centralnego usytuowania krzyża na mensie ołtarza. Ów duchowny stwierdził jednak, że tezy Ratzingera nie odpowiadają „duchowi współczesnego Kościoła” i „są szkodliwe dla realizacji zapoczątkowanej przez Sobór Watykański II reformy”. Wysunięte zostały dwa argumenty, które pragnę omówić pokrótce w niniejszym tekście. Po pierwsze, jak stwierdził mój rozmówca, nie ma sensu stawiać krzyża na środku ołtarza, bo rolę punktu, ku któremu zwraca się zarówno lud, jaki i prezbiter, spełnia stół ołtarzowy. Jest to oczywiście prawda. Nie da się ukryć, że obecnie to właśnie stół ołtarzowy jest punktem, wokół którego skupia się niemal cała akcja liturgiczna i atencja całego zgromadzenia. Trzeba jednak zwrócić uwagę na kilka kwestii. Ołtarz, jako centralny punkt, skupiający uwagę zgromadzenia, nie jest wynalazkiem ostatniego Soboru – taką samą, a może nawet bardziej centralną, rolę spełniał on także  w liturgii sprawowanej przed reformą. Różnica polega jednak na samym kierunku, można by rzec, „wektorze” modlitwy. Przed Soborem był on wspólny dla prezbitera i dla zgromadzonego ludu: wszyscy byli zwróceni w jedną stronę, w stronę Pana. Odwrócenie prezbitera w stronę zgromadzenia i nazwanie go „przewodniczącym”[2], odwróciło uwagę od tego, co najważniejsze, tj. od samej celebracji. Od tej chwili to prezbiter stał się centralnym „punktem” akcji liturgicznej. To na nim, na jego gestach, na jego słowach zaczęła skupiać się uwaga uczestniczących w Eucharystii.[3] Nie trzeba nikomu tłumaczyć, że człowiek skierowany przodem do drugiego człowieka zaprasza do wejścia w interakcję, nawet wtedy, gdy nie jest to jego głównym celem. Przykładem może być prosta sytuacja z życia codziennego: kiedy w autobusie stajemy czy siadamy przodem do innych współpasażerów, siłą rzeczy, chcąc nie chcąc, wchodzimy z nimi w interakcję – obserwujemy ich, wymieniamy spojrzenia, uśmiechy, niejednokrotnie rozmawiamy. W momencie, kiedy prezbiter staje twarzą do ludu, nie da się uniknąć wchodzenia we wzajemne oddziaływania, które odwracają uwagę od tego, co w celebracji najważniejsze, co stanowi jej rdzeń, tzn. spotkania z Panem. Pomimo, że teoretycznie, prezbiter i uczestnicy Liturgii zwracają się w jednym kierunku, skupiają się wokół jednego miejsca – mensy ołtarza, praktycznie, nie daje to realnego poczucia zwrócenia się w jednym kierunku, wspólnego „wektora” modlitwy. Dominuje natomiast wrażenie, że liturgiczne spotkanie jest ukierunkowane na uczestników nawzajem, że chodzi przede wszystkim o spotkanie prezbitera z ludem, człowieka z człowiekiem. Zaciera się sakralny wymiar Eucharystii, umyka prawdziwy cel zgromadzenia, jakim jest, zarówno dla świeckich, jak i dla duchownych, spotkanie z żywym i prawdziwym Bogiem. To Bóg ma być centrum naszych celebracji, bo to właśnie Jemu, jak uczy Sobór Watykański II, w czasie Liturgii, „ze wszystkimi zastępami duchów niebieskich wyśpiewujemy […] hymn chwały.”[4]

Drugi zarzut był sformułowany następująco: nie warto ustawiać krzyża na środku ołtarza, bo zasłania on wtedy Hostię i kielich z Krwią Pańską, a przecież większa łaska spływa na zgromadzonych z Najświętszego Sakramentu niż z krucyfiksu. Argument ten może wydawać się śmieszny, jednak, wbrew pozorom i logice, jest niezwykle często przytaczany przez przeciwników liturgicznych postulatów papieża emeryta Benedykta XVI. Po co stawiać krzyż na środku ołtarzowego stołu, skoro w czasie Najświętszej Ofiary pojawia się na nim sam Bóg, którego ten krzyż przysłania? Prawdę mówiąc, nie sądziłem, że przyjdzie mi kiedykolwiek odpowiadać na tego typu zarzut. Chciałoby się powtórzyć za Józefem Ratzingerem to dramatyczne pytanie, które postawił w Duchu Liturgii: „Czy krzyż przeszkadza Eucharystii?”[5] Czy ustawiony na środku ołtarzowego stołu krucyfiks działa jak hamujący działanie Bożej mocy i łaski ekran? Sądzę, że tego typu argumenty są zawsze wyrazem głębokiego niezrozumienia katolickiej Liturgii, jej sensu i właściwego celu, którym od zawsze było i, zgodnie z nauką ostatniego Soboru wciąż pozostaje, uwielbienie Boga, służące uświęceniu człowieka[6]. Wydaje się więc, że tak ogromna niechęć wobec „ratzingerowskich” rozwiązań, które są, de facto, powrotem do właściwego rozumienia celebracji, należy odbierać jako (świadome lub nie) dążenie do całkowitej antropocentryzacji liturgii, rozumianej jako usunięcie z niej wszystkiego, co w jakikolwiek sposób mogłoby zakłócić dominujące obecnie wśród wiernych, zarówno duchownych jak i świeckich, wyobrażenie Mszy świętej, która jawi się jako „spektakl” animowany przez przewodniczącego jej prezbitera[7], którego głównym zadaniem nie jest już składanie Bogu Ojcu Najświętszej Ofiary Chrystusa (spotkanie człowieka z Bogiem we wspólnocie Kościoła), ale oddziaływanie na zgromadzonych (spotkanie człowieka z człowiekiem w obecności Boga). Współczesny człowiek nie jest w stanie pojąć, że liturgia ze swej natury nie jest ukierunkowana na niego. Antropocentryzm naszych czasów posunał się do tego stopnia, że na wet w Liturgii, która jest przestrzenią dla Boga, przestrzenią adoracji, człowiek zajął miejsce centralne, które od zawsze było przeznaczone tylko dla Najwyższego.

I jeszcze jedna uwaga. Liturgię można by porównać do słowa. Bez reguł morfologicznych, fleksyjnych, słowo byłoby tylko nieuporządkowanym zbiorem liter, który nie posiadałby żadnego znaczenia, nic by ze sobą nie niósł. Sens słowu nadają ograniczenia: reguły gramatyczne danego języka i kontekst nadany mu przez autora wypowiedzi[8]. Podobnie rzecz ma się z liturgią – oderwana od reguł i ograniczeń narzuconych przez tradycję modlitewną i teologiczną, liturgia staje się niezrozumiałym, bezsensownym, bezcelowym i nieuporządkowanym „bełkotem”, który nie ma nic wspólnego z jej pierwotnymi założeniami i właściwym przeznaczeniem.

 M. S.


[1] Joseph Ratzinger, Duch liturgii, Christianitas, Poznań, 2002. Omawiane w niniejszym tekście zagadnienia znajdują się na str. 69-77, w rozdziale zatytułowanym „Ołtarz i kierunek modlitwy liturgicznej”.

[2] Ten proces (choć pod nieco innym kontem, tj. pod kontem „klerykalizacji liturgii”) opisuje również J. Ratzinger, vide: Joseph Ratzinger, Duch…, op. cit., p. 74. Kwestię tę porusza także Aidan Nichols w swojej doskonałej książce Patrząc na liturgię. Krytyczna ocena jej współczesnej formy, Klub Książki Katolickiej, Poznań, p. 90.

[3] zobacz: Aidan Nichols, Patrząc na liturgię…, op. cit., p. 90.

[4] Konstytucja o Liturgii świętej Sacrosanctum Concilium, 8.

[5] Joseph Ratzinger, Duch…, op. cit., p. 77.

[6] Konstytucja o Liturgii świętej Sacrosanctum Concilium, 10.

[7] Benedykt XVI używa w podobnym kontekście bardzo trafnego sformułowania: “kreatywność [prezbitera], która podtrzymuje całość”. Joseph Ratzinger, Duch…, op. cit., p. 74.

[8] Porównanie do słowa zaczerpnięte od Michała Hellera, który użył go w książce Wszechświat jest tylko drogą. Rekolekcje kosmiczne, Wydawnictwo Znak, Kraków, 2012, p. 80.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s